czwartek, 11 kwietnia 2013

Praktyka czyni mistrza


Są studentami etnologii i antropologii kulturowej. Właśnie odbywają praktyki terenowe. Nie, nie odbywają. Lepiej napisać, że przez nie przechodzą. To fakt! Przechodzą przez praktyki – „przejście” wiąże się ze zmianą, a one już dużo w nich zmieniły.                  
Ale od początku. Żeby mówić o praktykach terenowych w przypadku antropologii kulturowej muszą zostać spełnione cztery warunki. Po pierwsze musi być teren, na którym mogą być one przeprowadzone. Po drugie muszą być praktykanci, którzy te praktyki przejdą. Po trzecie musi być przewodnik, zwany opiekunem praktyk – ten, który sprawnie, od kilku lub kilkunastu lat, niesie na swych barkach kaganek oświaty i który wskaże takiemu nieopierzonemu studentowi, co należy robić na początku swej badawczej drogi. Po czwarte i najważniejsze, musi pojawić się pogłębiona refleksja nad tematem badawczym, narzędziami badawczymi, treściami wywiadów – nad całym antropologicznym bagażem zdobywanych danych i doświadczeń.

Element pierwszy – czy na pewno Sokółka?
Czym jest teren w przypadku naszych studentów? Na usta ciśnie się odpowiedź – Sokółka! Jest to jednak uproszczenie – prawdziwym „antropologicznym terenem” są bowiem ludzie – Sokólszczanie.

Element drugi  i trzeci – praktykanci i opiekun
Kaśka, Agata, Michalina, Ewa, Krysia, Basia, Magda, Natalia, Magda, Oktawia, Bartosz, Paweł – wszyscy pracowici, wszyscy głodni wiedzy i wszyscy mający antropologiczny gen, od którego uciec już nie można – gen ciekawości i dociekliwości! Opiekun: dr Agnieszka Chwieduk.

Element czwarty i gwóźdź programu praktyk – pogłębiona refleksja, czyli „nienaiwny antropolog”
Wyjazd na praktyki, nawet krótki i pozornie blisko, może równać się z lądowaniem na innej planecie. Wiele zostało napisane na temat badań terenowych, więc wiele też przeczytane przez studentów. Teraz Oni podzielili się z nami swoimi pierwszymi wrażeniami i przemyśleniami, odpowiadając na dwie grupy pytań o ich „nowym życiu na podlaskim Marsie” –  wśród Sokólszczan. Odpowiedzi zostały pogrupowane w kilka kategorii.
Celem pytań otwartych było poznanie opinii dotyczących samej idei ćwiczeń terenowych. Jakie skutki i efekty przynosi taka forma trenowania umiejętności przeprowadzania wywiadów?
Pierwsze i kluczowe pytanie brzmiało: „co poznajecie w ramach ćwiczeń terenowych?”. Tu naiwny pseudoantropolog odpowiedziałby z pewnością: kulturę, społeczność i lokalność, jednak młodzi badacze nie ulegli stereotypowym schematom myślenia i odpowiadając na to pytanie podkreślili, że nacisk praktyk położony jest na poznanie własnych możliwości i ćwiczenie techniki prowadzenia wywiadów. Pozyskiwane podczas rozmów informacje studenci potraktowali nie jako „pewniki” o lokalnej rzeczywistości, ale „tropy” do dalszych pogłębionych badań: Nie ma co się oszukiwać, w 10 dni nie poznamy Podlasia ani sokólszczan ani nawet tych 10 osób, z którymi porozmawiamy. O wiele cenniejsze będzie to, co zauważymy w sobie, jakkolwiek banalnie by to nie brzmiało. Nie tylko „reagowanie na ludność” i przez to zauważanie różnic. Też to jak prowadzimy rozmowę, jak czujemy się w sytuacji badacza. Poznajemy inną mentalność. Poznajemy siebie i nasze zachowania w konkretnych sytuacjach, przeważnie stresowych. Poznajemy techniki prowadzenia badań, siebie, ludzi, miejsca, mamy możliwość weryfikacji wiedzy zdobywanej w toku studiów. Poznajemy swoje granice, umiejętność ograniczenia mnie jako badacza. W ramach ćwiczeń poznajemy jak poznajemy samych siebie, próbujemy zapoznać się ze specyfiką miejsca, co nam pozwala zrealizować dane cele, poznajemy rozmówców, rozwijamy teoretyczne umiejętności, ćwiczymy się, docieramy się, to jest taki model idealny.                                                      
W odpowiedziach na powyższe pytanie można dostrzec niezwykłą dojrzałość studentów. Doskonale zdają sobie sprawę w czym uczestniczą i co tak naprawdę uzyskają kończąc ćwiczenia. Poznanie siebie, swoich mocnych i słabych stron, poprawa techniki prowadzenia wywiadu to tylko niektóre czynniki, które pozwolą studentom na doskonalenie swojego warsztatu.
Drugie pytanie, „jaki jest cel wyjazdu?”, wywołało podobne refleksje. Studenci zaznaczyli, że zadanie przeprowadzenia 10 wywiadów ma służyć ich własnej obserwacji tego jak zdobywają dane. Jak sposób zadania pytania wpływa na odpowiedź? Jak bardzo zdobyta wiedza zależy od badacza oraz jak łatwo nią zmanipulować? Według nich praktyki dają możliwość poznania siebie oraz są doskonałym wstępem do poznania mieszkańców Sokółki. Swoje terenowe próby traktują jak „naukę warsztatu badawczego”, która wiąże się z pozyskiwaniem rozmówców i umiejętnością prowadzenia rozmów.                         
Studentom doskonale znany jest więc cel wyjazdu – wypracowanie swojego „idealnego” modelu pracy. W mniejszym stopniu integracja studenckiego środowiska.

Początkujący badacze zostali również poproszeni o podanie skojarzeń z podanymi hasłami – elementami ich codziennego sokólskiego żywota.    
Pierwsza kategoria dotyczyła bardzo ważnego punktu – kwestionariusza, który studenci zakwalifikowali jednogłośnie jako narzędzie badawcze – jedno z dwóch, bo przecież kluczowym, najważniejszym i w przeciwieństwie do kwestionariusza obecnym zawsze narzędziem antropologa jest… ON SAM! Badacze zaznaczyli, że kwestionariusz jest pomocny w prowadzeniu rozmowy, łagodzi stres podczas rozmów, usprawnia pracę i porządkuje pozyskiwane informacje. Jak na prawdziwych antropologów przystało, swoje narzędzie poddali też wstępnej krytyce zaznaczając, że kwestionariusz jest też ograniczający – skupiając się na ustalonych pytaniach możemy trochę zatracić płynność konwersacji i odruch dopytywania o szczegóły i pogłębiania pytań na rzecz schematycznego przechodzenia od punktu do punktu.
Uzyskane odpowiedzi pozwalają wysnuć wniosek, iż uszeregowane i podzielone na kategorie pytania nastręczają nieco kłopotów, ale też pozwalają zapoznać się z pracą z uporządkowanym narzędziem.
Drugą kategorię stanowiły zakupy, które podsumować można studenckim hasłem „dużo do kupienia, mało środków”. Zaowocowały one refleksją nad lokalną społecznością. Badacze dostrzegli, że codzienne czynności związane z przeżyciem w terenie, czyli np. zakup podstawowych produktów „bułek i czekolady” wiążą się ściśle z poznawaniem lokalnej społeczności: można poznać asortyment, zobaczyć, co sokólszczanie mają najczęściej w koszykach. Sklep jest także miejscem gdzie można „zdobyć” informatora.              
Uzyskane wypowiedzi zaskoczyły rozmaitymi odnośnikami i często ciekawymi skojarzeniami. Od pierwszych dni pobytu daje się dostrzec fakt, iż znajome marki wywołują pozytywne skojarzenia. W niektórych odpowiedziach daje się dostrzec nutka antropologicznego zacięcia, np. w czasie tak prostej i codziennej sytuacji jak zakupy można poznać „panią sklepową”, zaobserwować jak zachowuje się w swoim środowisku pracy. Powinniśmy zdać sobie sprawę, że każdy kontakt z człowiekiem powinien nam dostarczyć cennych materiałów obserwacyjnych.
W życiu każdego badacza terenowego przychodzi moment, w którym przygotowując się do analizy zebranego przez siebie materiału musi dokonać transkrypcji często długich wywiadów. Czynność ta kojarzy się z jednym – cierpieniem, męką, udręką i… koniecznością! Nie inaczej jest w przypadku studentów. Jako „nienaiwni” antropolodzy wykazali się Oni jednak dojrzałością, dostrzegli w niej wartość i słusznie zauważyli, że transkrypcja to droga przez mękę, ale droga, którą warto przejść, bo... daje nowy punkt widzenia! Pozwala także krytycznie spojrzeć na sposób zadawania przez siebie pytań, wychwycić to, co umknęło podczas rozmowy oraz daje efekt nie tylko w postaci tekstu, ale i zmusza do bardzo dokładnego przyjrzenia się słowom, sformułowaniom badacza i informatorów.           
Większa część opinii dotycząca transkrypcji jest w umiarkowanym stopniu negatywna. Jednak każda osoba zdaje sobie sprawę, że jest to nieodzowny element pracy etnologa. Transkrypcja pochłania wiele czasu i energii antropologa, jednak jest bardzo przydatna w całym procesie badawczym. Jest to „zło konieczne, ale bardzo ważne”.
Wywiady to przyjemność dla jednych i zmora dla innych – ciężko przychodzą i dają nawał informacji. Stanowią podstawowy kontakt z informatorami. Niestety jeszcze trochę schematyczny i okupiony stresem z obu stron, przez co pewne okazje są stracone – badacze przyznają, że nie zawsze zauważają, kiedy można było zareagować inaczej i uzyskać więcej informacji. Dla większości to nowe doświadczenie, dające możliwość rozpracowania strategii zachowań własnych i rozmówców.                                                                                    Po analizie wypowiedzi dotyczących wywiadu zaobserwować można, że sytuacja wywiadu dostarcza badaczom wiele czynników stresogennych jak np.: strach przed nową, nieznaną sytuacją, nową, zupełnie obcą osobą. Każdy etnograf powinien wypracować swój model radzenia sobie ze stresem, którego dostarcza mu ten zawód. Rozmowa z inną osobą dostarcza nam dużo wiedzy o swojej osobie. Uświadamiamy sobie nasze silne i słabe strony. Należy sobie uświadomić, że wszystko przychodzi z czasem. Może warto by było wyznaczyć sobie odpowiedni cel i konsekwentnie do niego dążyć, np.: „chcę opanować stres przed nowym informatorem i swobodnie z nim rozmawiać”. Jak mam go osiągnąć? Za pomocą jakich środków lub metod? Ile przewiduję czasu na osiągnięcie zadawalających rezultatów?
Metoda pracowania na celach powinna nam towarzyszyć od początku wyjazdu. Rozsądkowe rozplanowanie pracy w czasie pobytu pozwoli nam osiągnąć wyznaczone założenia.
Toaleta osobista to w przypadku naszych badaczy próbka terenowych uniedogodnień. Zmusza do cierpliwości i wyrozumiałości, do synchronizacji z innymi osobami i brania pod uwagę ich potrzeb. Wspólna łazienka dostarcza nie lada wyzwań organizacyjnych. Do korzystania z łazienki niestety musiały się również dostosować osoby chcące wypić herbatę czy kawę. Toaleta osobista postrzegana była po części jako przyjemność, swego rodzaju odpoczynek i chwila wytchnienia. Wszyscy zgodnie zwrócili uwagę na fakt dzielenia przestrzeni. To znaczące doświadczenie w pracy badawczej, ponieważ brak wszystkiego, co ma się w domu wpływa na samopoczucie i myślenie o miejscu badań. „Dzielenie przestrzeni” jest tutaj chyba najodpowiedniejszym zwrotem, jaki można użyć do opisu tej sytuacji. Jedna toaleta wytrenowała w nas umiejętność pracy w grupie i wytrwałość w dążeniu do celu J.
Blog, czyli zmuszający do refleksji czasopochłaniacz okazał się dość specyficzną częścią pracy w terenie. Dla niektórych było to pierwsze zetknięcie się z taką formą przelewania słów w przestrzeń wirtualną. Niewątpliwie jest to swoisty trening umiejętności pisarskich, a także wstępne uporządkowanie wrażeń z terenu. Według badaczy służy próbie zwerbalizowania pierwszych doświadczeń. To ćwiczenie trudnej sztuki pisania, dające równocześnie możliwość wyrażenia siebie i forma zdania relacji z terenu.                                    Studenci szybko odkryli, że podczas procesu badawczego w terenie coś takiego jak „czas wolny” nie istnieje. Zastępuje go nadrabianie zaległości w transkrypcji, porządkowanie danych itp. Podczas chwili wytchnienia wskazane byłoby jednak „złapanie dystansu”, odstresowanie się lub po prostu sen.
Antropolog to „przyglądacz” szukający wątków antropologicznych. Badacze zwrócili uwagę, że „przyglądanie się” stanowi nieodłączny element badań terenowych. Przyglądają się wszystkim i wszystkiemu. Po przyjeździe dało się usłyszeć pierwsze zaobserwowane spostrzeżenia, np. dostrzeżenie w przestrzeni zabudowań przeznaczonych na sprzedaż. Owo „przyglądanie się” daje również możliwość weryfikacji zdobytych informacji i stanowi strategiczny element „polowania” na potencjalnych rozmówców.
A gdy kończy się dzień pełen antropologicznych zadziwień, radości z przeprowadzonych wywiadów i zawodów, bo „informator dał kosza” przychodzi czas na dziennik terenowy. Według badaczy przelewanie swoich myśli na papier oczyszcza nasz umysł, wywołuje refleksje i dostarcza cennych wskazówek do dalszej pracy.
Rozmowy w pokojach to pole wymiany myśli między młodymi badaczami i niezwykle cenne doświadczenie. Dzieląc się swoimi spostrzeżeniami studenci uczestniczą w „pokojowej” burzy mózgów.
Jak mawiają badacze – jeść trzeba! Zabieganie i zaangażowanie badaczy powoduje również brak czasu na posiłki. Podczas pracy należy sobie wyznaczyć priorytety i rozplanować w miarę rozsądnie dzień, tak aby znalazł się tam czas na podstawowe czynności takie jak jedzenie.

Wnioski
„Nienaiwni” antropolodzy wiedzą, że w antropologii nie ma rzeczy oczywistych. Wiedzą również, że poznanie wymaga czasu. Nie ulegają pokusom upraszczania rzeczywistości i wiedzą, że muszą wiele praktykować…


Opracowanie: Ludwika Wachowicz, Magda Chułek

środa, 10 kwietnia 2013

Młodzi, starzy, czyli po sąsiedzku, na ławeczce


Starsi rozmówcy, z którymi udało mi się porozmawiać twierdzą jednogłośnie, że brakuje im dawnego kontaktu z sąsiadami. Symbolem spotkań staje się mityczna ławeczka przed domem. Im więcej o takowej słyszę, tym bardziej się rozglądam, ale nie zauważyłam żadnej. Ponoć po skończonej pracy czy w niedzielę siadało się przed domem, zachęcając przechodnia do rozmowy już samą swoją obecnością. Ławeczka znała wszystkie plotki w miejscowości, wysłuchiwała niezliczonej ilości piosenek, gromadziła ludzi w jednym miejscu i, co niezrozumiałe dla większości, przegrała z telewizorem czy komputerem.
Badacz stara się stworzyć namiastkę ławeczki. Przycupnąć z informatorem i porozmawiać o tym jak było kiedyś, a jak jest teraz. Namiastka jednak pozostaje namiastką. Nie łączą nas wspólne historie, nie stoczymy sporu, jak było naprawdę, nie wymienimy wspomnień sprzed wojny czy za komuny. A to właśnie te cegiełki budowały ławeczkę i dalej drzemią gdzieś głęboko w człowieku.                                                                                          Dlatego niektórzy wychodzą do miasta i poszukują innych chętnych, by podebatować. I znajdują ich przy wspominanym już na blogu słupie. Traci tu na znaczeniu pora spotkania, nie trzeba siedzieć i wyglądać, bo ktoś na pewno się zjawi. Nie ma wspólnego muzykowania, ale jest parę nekrologów, więc warto porozmawiać o zmarłych, których dotyczą. Toczy się całkiem swobodna gadka, zupełnie jak na własnym podwórku. Nikt nie dba czy ktoś obcy słucha, zdarzają się też niepochlebne komentarze. Niby nic specjalnego. Ludzie się witają, rozmawiają i żegnają. Ale zjawiają się następnego dnia i następnego. Czy ktoś zatęskni za spotkaniami przy słupie, jeżeli zniknie jak ławeczka?                                                           
Kaśka Schinkel

*
Dobry sąsiad to instytucja, to inwestycja na lata, która pozwala cieszyć się pomnożonym kapitałem. Dobry sąsiad jest w cenie. By nim zostać potrzebna jest umiejętność wyczuwania subtelnej granicy oddzielającej obojętność od nadgorliwej ciekawości, to wrażliwość na niuanse, interweniowanie wyłącznie w ostateczności. Taki sąsiad potrafi uczynić się niekiedy kalekim: przymknąć oko na coś, zaniemówić, pozwolić się ogłuszyć, zgodnie ze słowami pewnej Sokółczanki nie widzi za dużo i nie słyszy za dużo. Odpowiednich kompetencji do balansowania pomiędzy ofiarnym poświęcaniem uwagi czyjemuś domostwu pozostawionemu na chwilę bez opieki np. w czasie wakacji, a ciekawością ocierającą się o wścibstwo nabywa się z czasem, w trakcie procesu zacieśniania więzi i wzajemnego docierania, poznawania się mieszkańców.
Sąsiad sokólski jest przykładem modelowym: wystarczająco bliski by czuwać i wystarczająco daleki by zapewnić dystans i zachować intymność.
Agata Meller
*
Po raz kolejny została nam ukazana słynna dobroć i otwartość mieszkańców Sokółki. Niczym kochana babcia, która z dobrego serca wmusza we wnuczkę jedzenie, przeurocza gospodyni uraczyła nas przysmakami, które pod cichym przymusem trzeba było zjeść. Jedno jest pewne, śmierć głodowa nam nie grozi. Również apetyt na wiedzę został zaspokojony, nie zabrakło wzruszeń i śmiechu. Zadziwiające, że po raz pierwszy czuć było swobodę i takie ciepło, które biło od gospodarzy, żadnych uprzedzeń i krzywych spojrzeń, jedynie dobro i szczery uśmiech. Zatęskniłam za swoimi babciami…
Magda Kuriata
*
Istnieje podział w Sokółce! Nie rozgrywa się on na poziomie wyznania czy narodowości, w tych sferach bowiem okazuje się, że wyobrażenie sokólskiej wielokulturowości jest sprawdzalne i uzasadnione, a przynajmniej często się do niego nawiązuje. Nie, podział ten jest zupełnie innego rodzaju. Zobrazowany został m.in. na jednej z sokólskich ulic. Oto bowiem prawą jej stronę zasiedlili mieszkańcy już ok. 40 lat temu, kiedy druga jej strona pozostawała pusta. Obecnie zaś zamieszkują ją w większości młode małżeństwa w dopiero co postawionych domkach jednorodzinnych. Ulica ma zatem dwie swoje strony dziadkową, jak to określiła pewna pani, oraz młodzikową.
Agata Meller


Raz, dwa, trzy, badacz patrzy


Z wyjazdu do Kruszynian, w czasie którego zgłębialiśmy wiedzę o mieszkających tam Tatarach, najbardziej podobał mi się spacer po cmentarzu. Mimo wpływów polskich, w postaci chociażby zdjęć na niektórych pomnikach, miejsce to posiada swoją wyjątkową inność. Kamienne nagrobki, hojnie otulone śniegową pierzyną, nie sprawiały wrażenia różniących się czymś więcej niż dwujęzycznością napisów i symbolem półksiężyca, od tych katolickich. Dopiero oprowadzający zmusił nas do wytężenia wzroku i zauważenia, że napisy na tablicach znajdują się po drugiej stronie płyty nagrobnej. Wiąże się to z tatarskim wyobrażeniem sądu ostatecznego. Oto powstający z grobu będą mieli owe napisy na plecach, co ułatwić ma aniołom odczytanie imion i nazwisk zbawionych.
O ile łatwiejsze zadanie stałoby przed badaczem, gdyby mógł „czytać” rozmówcę wprost z jego pleców. Chociaż częściej zdarza mu się oglądać tył tego, który na wywiad zgodzić się nie chce i ucieka prędko, by czasami nie narazić się na dłuższą rozmowę. Bez tych szczególnych umiejętności musimy pogodzić się z faktem, że do pewnych wiadomości nie będzie nam dane dojść, pewne okażą się nieweryfikowalne. Jeszcze inni zareagują na badacza, jak na babę jagę z popularnej zabawy dla dzieci. Gdy tylko przestanie stać do nich plecami będą się starać nie rzucać w oczy, być mniej interesującymi, czy nawet udawać, że nic nie wiedzą. Ale badacz też „ma pod górkę”, bo nie każdy w danej miejscowości może się pochwalić silnymi plecam.
                                                                                           Kaśka Schinkel
*
Rozterki z pogranicza antropologii zaangażowanej
Anglia, Belgia, Włochy; Warszawa, Poznań, Gdańsk – nasi rozmówcy wskazują na miejsca, gdzie obecnie przebywają ich najbliżsi, sąsiedzi, znajomi. Trudna sytuacja materialna zmusiła wielu mieszkańców Sokółki do opuszczenia miasta, do poszukiwania pracy w innych miejscach, najczęściej za granicą. Firmy, w których do tej pory większość sokólszczan mogła znaleźć zatrudnienie, zwalniają swoich pracowników.
Mieszkańcy wskazują, że głównym problemem w mieście jest wysokie bezrobocie. Ciężko im odpowiedzieć na pytanie jak poradzić sobie z tym problemem w inny sposób niż większość, szczególnie młodych osób robi teraz – emigruje.
Z drugiej strony sokólszczanie mają świadomość wysokiej atrakcyjności turystycznej swojego miejsca. Są przekonani, że turystów przyciąga ich region: piękno krajobrazów, bogactwo walorów przyrodniczych i antropogenicznych. Czy rozwój turystyki mógłby być rozwiązaniem problemów ekonomicznych sokólszczan? Czy mieszkańcy byliby przychylni dla większego ruchu turystycznego? Nasi rozmówcy mówią o sobie, że są społecznością otwartą, której sprawia radość każdy gość w mieście.
Czy antropolog mógłby poddawać mieszkańcom jakieś pomysły na poprawę sytuacji? Rozmówcy mówią nam, początkującym antropologom, że nawet jeżeli chcą coś zmieniać, ogólna sytuacja prawno-polityczna w kraju nie do końca im to umożliwia.
Czy badania, takie jak nasze, mogłyby zwrócić uwagę rządzących na problemy i potrzeby ludzi – szczególnie żyjących w małych społecznościach? Anglia, Belgia, Włochy...

       Magdalena Chojnacka

 *
Wielość informacji i emocji z dnia dzisiejszego powoduje, że pilnie poszukuję granicy między tym, czego my oczekujemy od rozmówców, którzy wpuszczają nas w swoją codzienność, a tym, co oni są gotowi dzielić z nami, ludźmi obecnymi w ich życiu na jedno popołudnie. 
                                                                                    
                                                                                                       Oktawia Szreniawa

                                                                          *
Zmęczenie materiału. Szalenie ciekawym jest poznawanie coraz to nowych osób, jednak nadmiar w żadnej postaci nie jest dobry. Lawina informacji, która stoczyła się na mnie dzisiaj, pogrzebała mnie żywcem. Etyko, gdzie jesteś?
Czy moje przyzwolenie, by rozmówca sam narzucał tempo i snuł opowieść obok tematu wywiadu, może być zgubne dla celu badań? Czy za każdym razem, gdy właśnie tak zmięknie nam serce, zapłaci się za to wielogodzinną i żmudną selekcją transkrybowanego materiału? Czy kiedy zaufamy metodzie śnieżnej kuli i wpadniemy w sąsiedzką sieć polecanych nam osób, faktycznie wytrzymamy tempo? Dziś sieć była zbawienna, ale mam też wrażenie, że dwa długie wywiady pod rząd, to zdecydowanie zbyt wiele...
         
Magda Kuriata

Podróż w czasie


Matka Boska Ostrobramska w tympanonie sokólskiego kościoła czuje się jak u siebie w domu. Okoliczni mieszkańcy często wspominają jej rodzinne miasto. Wszak Wilno do niedawna było siedzibą Związku Tatarów Rzeczypospolitej Polskiej i stolicą tutejszej archidiecezji. W wielu rodzinach wciąż żywe są tradycje świąteczne rodem z mickiewiczowskich ziem. Z nostalgią wspomina się tu też nasze Grodno. Może dlatego właśnie ulicą Grodzieńską można dojść do wszystkich najważniejszych w Sokółce miejsc. Myliłby się jednak ten, kto – zwiedziony kredowym napisem K+M+B 1011 napotkanym na sokólskich drzwiach – myślałby, że tutejszy czas stanął w miejscu. Wszak ulica Grodzieńska płynnie przechodzi w Białostocką, a tutejszą teraźniejszością interesuje się nawet TVN.

Michalina Januszewska

*
Większość osób przeprowadziła już przynajmniej dwa wywiady. Część z nas decyduje się zaprosić swoich rozmówców do gościnnego Muzeum Ziemi Sokólskiej, gdzie zawsze można znaleźć spokojny kąt sprzyjający rozmowie. Ciekawe są opowieści starszych mieszkańców, którzy zwracają uwagę na eksponaty z wystawy muzealnej. Przed kilkudziesięcioma laty były one dla informatorów przedmiotami codziennego użytku. Można by rzec, historia jest w istocie żywa, kiedy opowiadają ją ludzie…
 
  Magdalena Chojnacka

Nie jestem dziś w sosie, więc napiszę o bigosie

Wydawać by się mogło, że podlaska wielokulturowość to taki groch z kapustą – w jednej klatce sokólskiego bloku spotkać można katolików, prawosławnych i muzułmanów, powiązanych sąsiedzką przyjaźnią. Parafianie od świętego Antoniego marzą o pielgrzymce na Grabarkę i bawią się na tatarskich weselach, a ci od Aleksandra Newskiego przychodzą oglądać eucharystyczny cud. Przepis na udaną wspólnotę przypomina jednak bardziej wigilijny bigos z fasolą. Gdy wrzuci się wszystko wymieszane do jednego garnka, potrawa wychodzi rozlazła i do niczego. Kluczem do sukcesu jest uszanowanie różnic poszczególnych jego składników i zachowanie ich odrębności. Gotować je należy osobno, zgodnie z ich specyfiką i połączyć w dostrzegalną z zewnątrz przepyszną całość dopiero tuż przed podaniem.
                                                                                               
 Michalina Januszewska

*
Mówi się, że przez żołądek trafia się do serca. I chociaż to badacz powinien starać się wkraść w łaski informatora, to zazwyczaj ten drugi uraczy pierwszego posiłkiem i smakowitą opowieścią. Stół ugina się od przysmaków, swojska kiełbasa kusi zapachem, a Ty nieszczęśniku bij się z myślami, czy jakości nagrania bardziej zagrozi szelest worka z chlebem, czy burczenie w brzuchu.
Wątpliwości, ale nieco innej natury, dosięgają też samych respondentów. Kością niezgody okazuje się kiszka ziemniaczana. Trudno ustalić wspólną wersję, na które święta się ją przyrządza, a im dłużej rozmowa się toczy, tym częściej kiszka ze świątecznego stołu zostaje przeniesiona na ten codzienny. Jak się okazało, mogą istnieć obok siebie dwie wersje, jedna nie szkodząc drugiej. To trochę tak, jak z pierogami. Z rodzinnej wigilii znamy te z kapustą i grzybami. Natomiast Podlasie serwuje nam wersję grzybową i kapuścianą oddzielnie. Nie trzeba czegoś mieszać, by mogło stanąć razem na jednym stole.

Kaśka Schinkel


*
Jak się pije tu na Wschodzie? W rytm podlaskiej gościnności. Gdy rozmowa trwa i jest przyjemnie, w końcu pada propozycja od zachęconego sytuacją gospodarza i współmieszkańców, by skosztować dobrego trunku.
W czasie pierwszej wizyty, najpierw likier zachwalany jako czysty spirytus. Wszyscy wznoszą kieliszki na odpowiedni sygnał, równo. W następnym domu miło smakuje cytrynówka… Kiedy jednak próbuję rozłożyć siły i dopić później, moja rozmówczyni woła do dna. Po chwili, widząc moje wahanie, zwraca się do męża nie lej już więcej dziewczyneczce…
Gdy wyłączam dyktafon, dowiaduję się, że samogon przyrządza się w lasach przy księżycu, ale jak ze śmiechem stwierdza rozmówca tutaj nikt przecież sam czegoś takiego nie robi…

Barbara Kwaśniewska

*
Piękny dzień, nasycony kolorami, słońcem, nową wiedzą, śmiechem i dobrym jedzeniem. Przełamanie stereotypów o muzułmanach okazało się dziecinnie proste, przynajmniej dla ludzi, z którymi mieliśmy przyjemność się spotkać.
Prócz pokarmu duchowego, nasze ciała również zaznały nie lada uczty, gdy zostaliśmy uraczeni przepysznym tradycyjnym tatarskim jadłem, w którym nuta swojskości zmieszała się z niepowtarzalnym smakiem pierekaczewnika, kołdunów, pieremiacza, kibin, halvy, kardamonu i cynamonu…
                                                                                                     
Magdalena Kuriata


poniedziałek, 8 kwietnia 2013


Słup, impresje sokólsko-tatarskie i parę wątpliwości na  gościnnym progu

        Zaraz po wizycie w Muzeum Ziemi Sokólskiej, po którym oprowadziła nas pani Ola, absolwentka etnologii w Poznaniu, zabraliśmy się do pracy. Grupa, w której znalazłam się, miała do przygotowania temat "My stąd, kim jesteśmy?". Postanowiliśmy przeprowadzić mały trening przygotowujący nas do pozyskiwania informatorów do późniejszych wywiadów.
Zaczęliśmy zatem pytać przypadkowych przechodniów, jak odpowiedzieliby na nasze pytanie: "co to znaczy być stąd?". Sondę ropoczęliśmy w centrum miasta, w miejscu, w którym akurat znajdowała się większa grupa osób. Jak się później okazało, jest to znany w mieście słup ogłoszeniowy, punkt informacyjny i miejsce spotkań mieszkańców. To przy nim nasza sonda poniosła porażkę i także przy nim, po godzinnych negocjacjach, udało się nam złowić dwóch rozmowców, którzy wreszcie zgodzili się na wywiad następnego dnia...
Magdalena Chojnacka

*

Wystarczy pojawić się w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie. Słup informacyjny stał się dobrym miejscem na szukanie rozmówców. Ludzie przystają obok niego, wymieniają komentarze, obserwują jak inni zawieszają swoje ogłoszenia. Tam też znalazłam pierwszego potencjalnego informatora, który właściwie sam przyłączył się do rozmowy o Sokółce. Zarówno on jak i jego znajomy chętnie opowiadali o mieście, ale niechętnie chcieli zgodzić się na rozmowę. To trudna sytuacja, gdy po rozmówcy widać, że chciałby się podzielić informacjami, lecz nie zachęca go propozycja spokojnej rozmowy przy kawie. W końcu  jednak obaj panowie zgodzili się na wywiad. Wydali się cennymi informatorami, gdyż mieszkają w Sokółce od lat i zapewne znają interesujące historie o mieście i Podlasiu.
           
Barbara Kwaśniewska

*
Podczas poszukiwań kolejnych respondentów rozmawiamy z ludźmi na ulicy. "Uczuciowa" starsza pani narzeka na rząd, powtarza, że lubi młodych. Prowadzi nas do zadymionego od papierosowego dymu baru, gdzie uprzejmy barman, nie dbając o zyski, pokazuje bardziej "odpowiednie" dla nas miejsce! Pan pod sklepem Stokrotka wspomina, że chodził do szkoły z Tatarem, opisuje tatarskie zwyczaje pogrzebowe. Pani mieszkająca w Sokółce od 30 lat uparcie twierdzi, że nie wie o niej za dużo. Kolejna osoba powątpiewając w cenność informacji, których może udzielić, stwierdza z uśmiechem, że takie to nasze zwyczaje: trzeba z czegoś żyć.  Próbujemy wytłumaczyć, że nie potrzebujemy być odsyłane do Ośrodka Kultury. Chcemy słuchać o rządzie, kolegach ze szkoły, naszych zwyczajach. Nawet, gdy ktoś mieszka tu tylko 30 lat. Nawet w zadymionym barze.
Natalia Nojek

*
W Sokółce, gdzie gęściej sypie śnieg...
Jest bardziej mokry, buty szybciej przemakają, a zimno doskwiera bardziej przenikliwie. To tylko jedno z kilku złudzeń, jakich doznałem po pierwszym spotkaniu z Sokółką. Poza tym, jedzenie jest dziwne, zapachy śmierdzące, a budynki z oznaczeniami „Na sprzedaż” dobitnie świadczą, że miejscowość wymiera i już niedługo nie pozostanie po niej kamień na kamieniu. Zaraz potem rozpogadzam się, kiedy wchodzę do sklepu, a pani sprzedająca wita mnie ciepłym uśmiechem, na półkach odnajduję znajome marki słodyczy. Potem spotkanie w grupie, przyjazna atmosfera żartów i wiara, że zlecone zadania na praktyki nie są misjami niemożliwymi, ale są tylko kwestią czasu, wzajemnego wsparcia i osobistej determinacji.
Siedzę przy komputerze, wyglądam za okno i zastanawiam się, co sprawia, że w obcym mieście, w którym nigdy nie byłem, a jego położenia nie jestem w stanie pokazać na mapie, nagle czuję się bezpiecznie i komfortowo? Po wejściu do jadłodajni, wyglądającej według pierwszych szacunków na absolutną melinę, odnajduję pomidorową i chociaż nie jest taka, jaką przygotowywała mi mama w domu, przełamuję pierwsze lody z wejściem w Sokółkę. Później spotykam znajome twarze po śniegowej odysei w ośrodku. Ale najbardziej uspokajają mnie znajome marki produktów, które codziennie konsumuję – ulubiona czekolada, serek na chleb, woda do picia. To właśnie marki podziałały uspokojająco dla mojego serca jak balsam rozgrzewający na bolącą kontuzję. Co sprawia, że w obcym mieście czuję się jak u siebie? Czyżbym stał się pokoleniem McDonalda? Czyżby reklamy decydowały o tym, co uważam za swojskie? Co decyduje nagle, że całkowicie obce miejsce nagle staje się swojskie i jakby bardziej „moje”? 

Pieprzony hipochondryk
Przemoczone buty. Nie mija pięć minut, przechodzę niecały kilometr, a już mam wilgotne skoki i mokre skarpetki. Drażnią mnie przy każdym postawionym kroku. Jestem pieprzonym hipochondrykiem, dlatego nie mogę przestać o nich myśleć. Przeprowadzam zupełnie nieoczekiwanie wywiad, a ja wciąż myślę o tym, że jest mi mokro i nieprzyjemnie. Słowa informatora przeciekają przeze mnie.
Cały dzień myślę o tym, co mam umieścić na blogu. Martwi mnie również to, czy wysnuję z tego jakąś ogólną refleksję, olśniewającą błyskotliwością myśli i ociekającą subtelnością dowcipu, by zapunktować u prowadzącego i by ten, który to czyta, nie miał poczucia zmarnowanego czasu. Wiadomo, wilk syty i owca cała. A ja mam po prostu przemoczone skoki!
Paweł Wielopolski




*
Jak to się często zdarza, pierwsze wrażenie, w moim przypadku z okna pociągu, może być nie tyle mylne, co nie docierać do wszystkiego, czyli "całej złożoności obrazu". Tak też jest w przypadku Sokółki.
Wyjście w „teren” nieubłagalnie weryfikuje wcześniejszy obraz: odsłania różnorodność tej, nie tak znowu wielkiej, miejscowości. Rynek, nazywany tu głównym placem, może poszczycić się piękną cerkwią. W innym, ale nie szczególnie oddalonym miejscu natrafimy na okazały katolicki kościół. Poszukiwanie informatorów do wywiadów doprowadza do kolejnego zakątka, w którym stoi rzeźbiony drewniany słup. Widnieją na nim symbole odnoszące się do różnych współistniejących tu wyznań: katolickiego, muzułmańskiego, prawosławnego i judaistycznego. Fakt ten skłania do refleksji. W ilu miastach Polski można podziwiać tego typu zróżnicowanie? O czym ono świadczy, czym jest dla miejscowych?
Dla obserwatora owa wielość to przejaw potrzeby zaakcentowania przez tutejszych własnego miejsca. Wielość miejsc w jednym? Jedność w wielości? Optyka takiej refleksji z pewnością łagodzi wszędobylski, poszarpany i nieładny krajobraz sokólskich małych blokowisk, jak też  nachalną prostotę barw lokalnych marketów Biedronki czy Lewiatana…
            Kolejny dzień zbliża mnie do lokalnej codzienności. Wracam myślą do  wielokulturowości. Czym ona jest?  Respektowaniem odrębności? Ktoś z zapytanych przez mnie stwierdził jakoś tu żyjemy ze sobą dosyć dobrze. Czy ta osoba miała na myśli także Tatarów? Można odnieść wrażenie, że to właśnie ta grupa stanowi ową odrębność, mimo tylu wieków wspólnego zamieszkiwania. Być może stało się to za sprawą turystów, których zainteresowanie, czyni z tej grupy novum. Mimo że Tatarzy zawsze tu byli, to, jak zwracają uwagę rozmówcy, oni teraz się ujawnili.
Być może dla ludzi mieszkających tutaj,  to sąsiedzi, lecz dla nas – badających – są zagadką. Nawet w dobie globalizacji…
Ewa Krygiel
*
Kruszyniany to mała wieś niedaleko Sokółki. Mieszkańcy zwykli mawiać żartobliwie, że brak im czasu na pracę. Skąd to zabawne powiedzenie?
Tutaj, obok siebie, żyją prawosławni, katolicy i muzułmanie, a każdy współmieszkaniec to dobry znajomy, przyjaciel, który powinien znaleźć się przy rodzinnym, świątecznym stole. A przecież okazji do świętowania jest niemało: "dwie" Wielkanoce, prawosławna i katolicka, uroczyste zakończenie muzułmańskiego ramadanu, kolejne weselne przyjęcia z okazji zaślubin małżeństw mieszanych, Sabantuj - tatarskie święto pługa…
 Słysząc od miejscowych o niekończącym się świętowaniu, przejezdni, nawet jeśli nie uwierzą w żart o braku czasu na pracę, to i tak zachwycą się atmosferą tej miejscowości, charyzmą przewodnika – rodowitego Tatara,  albo – jak mawiają miejscowi – dziewiczym pięknem krajobrazu podlaskiego. Może część z nich zapamięta to miejsce na dłużej? Zrozumie i poniesie dalej w świat dobre wiadomości, które zrównoważą te złe, którymi bombardują nas codziennie media?  Może turyści odwiedzający Kruszyniany przekażą dalej, że wyznawcy różnych religii i wyznań mogą żyć obok siebie nawet w przyjaźni i pracować dla dobra własnej miejscowości?

Magdalena Chojnacka

*

Gdzie leży granica wielce osławionej wschodniej gościnności? Czy niepewność związana z  wkraczaniem na cudze podwórko (w sensie dosłownym i metaforycznym) jest uzasadniona? Czym powodowana?
Poniekąd pojawienie się o umówionej godzinie przed bramą respondenta jest zachowaniem poprawnym, wytłumaczalnym. Jednak przekroczenie tego pierwszego progu – furtki bez dzwonka, który zapowiedziałby przybycie obcego – jest kontrowersyjne. Tym bardziej jeśli rychłe przekroczenie gościnnego progu wymaga obejścia niemal całego domostwa.
Do wątpliwości będących skutkiem, bądźmy szczerzy, wtargnięcia na teren informatora, można dodać jeszcze jedną: czy warto ryzykować w imię przeprowadzenia tylko jednego wywiadu, całą  własną skórę, kiedy zamiast gościnnego lokalsa, powita nas lokalny Burek strzegący jego domu?  Jak zatem wyjść obronną ręką z takiego ogródka, który wprost prowadzi do upragnionego rozmówcy, od którego dzieli nas tylko naciśnięcie dzwonka?

Agata Meller

Sokólskie dwie strony medalu


         Jak kształtuje się dotychczasowy obraz Podlasia na podstawie wypowiedzi „tutejszych”? Rozmówcy przyprawiają o pewien rodzaj dysonansu poznawczego. Z jednej strony dostarczają sielskiej wizji koegzystujących ze sobą przedstawicieli różnych wyznań, którzy zawierają trwałe przyjaźnie, bądź wchodzą w mieszane związki małżeńskie (katolicy z prawosławnymi), bo przecież nic nie może stanąć na drodze „prawdziwej miłości”. Z drugiej zaś przytłaczają wizją permanentnego bezrobocia, ciężkiej sytuacji materialnej i braku perspektyw. Na podstawie tych dwóch stron medalu staramy się uzyskać spójną odpowiedź na pytanie jednego z respondentów „co to znaczy Podlasie? Sokółka to Podlasie?”. Czy uda nam się ją sformułować w czasie tego wyjazdu?

Agata Meller




*
Cud w Sokółce to wydarzenie wciąż żywe w tej miejscowości. Rozwija się ruch pielgrzymkowy, a mieszkańcy opowiadają o niezwykłych uzdrowieniach. Często też wspominają o bezrobociu, narzekając, że tu nic nie ma i że brak zakładów pracy. Słuchając ich opowieści o trudnych stronach życia, można by pomyśleć, że w tym miejscu faktycznie potrzeba cudów…
Na pytanie o to, jak chcieliby rozwiązywać swoje egzystencjalne problemy, w odpowiedzi padają interesujące propozycje. Społeczność ta, w istocie, ma pomysły na to, jak podnieść swój standard. Wobec tego nasuwa się myśl, że do cudów jest bliżej, niż się wydaje. Pozostaje tylko jedno pytanie. Czy nasi rozmówcy i pozostali mieszkańcy zechcą przystąpić do działania?

Magdalena Chojnacka

*
Zastanawiające jest dlaczego podczas wywiadu tak gładko udaje się przejść przez temat rodziny? Respondent nie czeka na koło ratunkowe w postaci wskazówek od przeprowadzającego wywiad. Ba,  stara się sam wprowadzić narrację na tory uznane przez siebie za właściwe. Jednym tchem wyrecytuje liczne zawody przodków, porównując ich do dzisiejszych, niezaradnych ludzi. Z tęsknotą powróci do smaków z dzieciństwa, niekiedy ganiąc samego siebie, że nie przygotowuje zapomnianych już potraw. Niespodziewanie uraczy nas opowieścią o wyrobie mydła z „padniętych kur”, albo zatęskni za świątecznymi spotkaniami „przy wódeczce”. Pozornie - dla badającego - temat prosty i przyjemny. Tak, naprawdę wyjątkowo delikatny. Bo, jak między wódkę a zakąskę wcisnąć jeszcze rozmowę na tematy, które powinniśmy zgłębiać?

Kaśka Schinkel

*
Wielokulturowość pojawiła się ponownie, dzisiaj pod postacią słów. Przywołana przez respondentkę, wydawała się być bardziej abstrakcyjna, niż podczas poszukiwania materiału do eseju fotograficznego…
Wielokulturowość potocznie jest tu kojarzona z wielością wyznań, które łatwo rozpoznać po odpowiednich świątyniach i cmentarzach, a także z grupą Tatarów zamieszkującą te tereny. Czy fakt, że Podlasie jest tak różnorodne znaczy to samo co Podlasie  wielokulturowe?
Im bliżej świątyń, praktykowania trzech wyznań, historii Żydów i Tatarów, polsko-białoruskich kontaktów, tym bardziej "te kultury i ich wielość" stają się rozmywającymi się konstruktami…
                                                                                              Oktawia Szreniawa